Coraz częściej miasta zmagają się z przegrzewaniem, nagłymi ulewami i deficytem zielonych stref. Ale co, gdyby infrastrukturę miejską można było nie tylko „zazielenić”, ale i sprawić, by działała na rzecz klimatu, środowiska i samopoczucia mieszkańców? Zielone przystanki autobusowe są właśnie takim przykładem. Wrocław zrobił już pierwsze kroki, aby zamienić gołe betonowe wiaty na żywe, miniaturowe oazy. Na wroclaw.name opowiadamy, jak działa ten pomysł, dlaczego jest popularny w Europie i jak wygląda to we Wrocławiu.
Jak działają zielone przystanki i co zmieniają w mieście
Na pierwszy rzut oka to zwykły przystanek. Ale jeśli podniesiesz wzrok, zobaczysz, że dach pokryty jest żywymi roślinami, a po bokach ciągną się ściany z pnącym bluszczem lub trawami ozdobnymi. To właśnie „zielony przystanek” – nowy typ infrastruktury miejskiej, który łączy funkcjonalność, ekologię i komfort.
Istota polega na tym, że takie przystanki stają się częścią ekosystemu. Zielona pokrywa pomaga obniżyć temperaturę otoczenia dzięki odparowywaniu wilgoci z liści, a także zatrzymuje kurz, łagodzi hałas i pochłania wodę deszczową. Latem oznacza to przyjemny chłód, a podczas ulew – mniejsze obciążenie miejskiej kanalizacji. I po prostu – przyjemniej jest stać w oczekiwaniu na transport pod dachem, który nie grzeje, a chłodzi.
Dodatkowym plusem jest korzyść dla miejskiej fauny. W krajach takich jak Holandia przystanki te nazwano „bee stops”: rośliny na dachu przyciągają zapylacze – pszczoły, trzmiele, motyle. Działają one jak małe ekologiczne „wyspy”, które wspierają bioróżnorodność nawet w gęsto zabudowanych dzielnicach.
Należy jednak doprecyzować: aby zielony przystanek działał, potrzebny jest projekt: konstrukcja, która wytrzyma ciężar wilgotnego podłoża i roślin; system drenażu; dobór gatunków zieleni odpornych na lokalny klimat. I koniecznie – konserwacja: podlewanie, przycinanie, wymiana elementów, które wymarzły lub wyschły. We Wrocławiu taki projekt został stworzony.
Doświadczenia europejskie i polskie: jak robią to inni i czy nie za wysoka cena

Pionierem zielonych przystanków w Europie stał się holenderski Utrecht. W 2019 roku miasto zazieleniło ponad 300 przystanków komunikacji miejskiej, sadząc na dachach rozchodniki – niewymagające sukulenty, które dobrze znoszą suszę i potrzebują minimalnej pielęgnacji. Ten krok przekształcił przystanki w symbol miejskich zmian. Utrecht zaczęto nawet nazywać „miastem przystanków dla pszczół”, a inicjatywę podchwyciły inne miasta – od Amsterdamu po Londyn.
W Polsce pomysł pojawił się nieco później, ale stopniowo nabiera rozpędu. W Białymstoku na przykład zbudowano kilka wiat z zielenią pionową, a firma Zielone Przystanki zrealizowała już ponad 70 takich przystanków w różnych miastach kraju. Estetyka nie jest tu najważniejsza – takie przystanki obniżają temperaturę w otoczeniu, zatrzymują wodę deszczową i poprawiają jakość powietrza.
Mimo to, nie wszystkie miasta od razu wdrażają takie rozwiązania. Przyczyny są typowe: koszt, potrzeba konserwacji technicznej, sceptycyzm urzędników. Ale to właśnie doświadczenia europejskie pokazują, że cena jest warta uzyskanego efektu.
Wrocław na zielonym szlaku

We Wrocławiu zielona infrastruktura stopniowo wykracza poza parki i skwery. Miasto zaczęło eksperymentować z zielonymi torowiskami tramwajowymi, strefami retencyjnymi, a teraz – z przystankami autobusowymi. W momencie pisania artykułu takie wiaty były już na kilku ulicach: Gajowickiej, Kościuszki, w dzielnicy Klecina, a także na dobrze znanym rondzie Reagana.
Co odróżnia wrocławskie przystanki od szablonowych rozwiązań? Przede wszystkim podejście do roślinności. W mieście sadzi się zarówno rozchodniki, jak i pnący bluszcz, trzcinę, trawy ozdobne, a czasem nawet bambus. Na przykład na Rondzie Reagana ściany wiaty są oplecione gęstą zieloną fasadą, która latem daje cień i przyjemny chłód.
Niektóre przystanki zostały zrealizowane w ramach programów miejskich – na przykład na Przedmieściu Oławskim zielone wiaty sfinansowano z Funduszu Osiedli. Nad realizacją pracowały zarówno struktury miejskie (ZDiUM), jak i biura architektoniczne. W kilku przypadkach mieszkańcom dano możliwość zgłaszania pomysłów lub wyboru rodzaju zieleni.
Jednocześnie miasto nie unika trudności. Już zdarzały się sytuacje, gdy rośliny wysychały lub przystanki traciły estetyczny wygląd z powodu braku pielęgnacji. Lokalne media publikowały nawet krytyczne reportaże: rzekomo z „zielonego przystanku” zostały tylko chwasty. Ale i to jest częścią procesu. Ponieważ każde zielone rozwiązanie, oprócz budżetu na instalację, wymaga jasnego systemu pielęgnacji.

Ekologia, pieniądze i mieszkańcy: czy Wrocław będzie skalować projekt?
Zazielenienie jednego przystanku – to piękne. Ale czy realne jest stworzenie stu takich? Kwestia kosztów nie jest tu na ostatnim miejscu. Według szacunków polskich projektantów, zielona wiata może kosztować kilka razy więcej niż zwykła. Do tego należy doliczyć system nawadniania, stabilną konstrukcję, regularną konserwację – i cena już „gryzie”.
Warto jednak spojrzeć szerzej. Zielone przystanki to inwestycja w ekologiczną trwałość miasta. W upały obniżają temperaturę w otoczeniu o kilka stopni. Podczas deszczu – zatrzymują część wody, odciążając kanalizację. I co najważniejsze – zmieniają wygląd miasta – roślinność stopniowo wypiera beton.
Oczywiście, skala wymaga systematyczności. Trzeba przemyśleć, kto będzie dbać o rośliny, jakie rośliny wybrać do wrocławskiego klimatu, jak zabezpieczyć infrastrukturę przed wandalizmem. Miasto musi także określić, czy powierzać takie kwestie radzie miejskiej i burmistrzowi. Aby nie wyszło jak za czasów Apoznańskiego: niedobrze, gdy od władzy wymaga się zmian, a nie ma ona uprawnień do ich realizacji.
